Co mam wspólnego z Wiedźminem?

Lut 10, 2020 | 0 komentarzy

W dzisiejszym artykule się ośmieszę. To pewne! Jeśli jesteś wielką fanką fantastyki i znawczynią tych wszystkich książek, filmów, gier ze smokami, czarodziejami, potworami i wszystkimi innymi niezwykłymi stworzeniami to może lepiej tego nie czytaj. Oszczędzisz mi wstydu 😉

Przez lata, długie i wspaniałe lata mojego życia udawało mi się wzbraniać przed całym tym wariactwem związanym z fantasy. Tak jest, zawsze sądziłam, że to wariactwo, że po co to czytać, oglądać i w ogóle tym tematem się interesować. Przecież to wszystko wymyślone, niczego się z tego nie nauczę, nie wyciągnę żadnych wniosków. Fantastyka nie ma nic wspólnego z normalnym życiem i nie ma żadnej możliwości, żebym z tego obszaru wzięła coś dla siebie. Wydawało mi się zawsze, że jestem wielką realistką, mocno osadzoną, świadomie stąpającą po tym świecie, a to, że od czasu do czasu lubię sobie poczytać horoskopy to rozrywka i to taka, którą nie będę się chwalić. Oj jak się cudownie myliłam!

Pierwszym krokiem, który przełamał mój opór była zgoda na obejrzenie serialu „Gra o tron”. Dwa razy podchodziłam do tej produkcji. Pierwszy raz spróbowałam obejrzeć pierwszy odcinek, kiedy zorientowałam się, że większość znajomych to widziała, rozmawiają o tym, emocjonują się, a ja nie wiem o co chodzi. Początkowo to olewałam, ale jak zobaczyłam jaki ogólnie szał ten serial wzbudza to pomyślałam „Ok, obejrzę to, choćby ze społecznego punktu widzenia.”. Nie wyszło. Obejrzałam kilkanaście minut i speniałam. Zobaczyłam zakrwawione flaki, obcięte głowy, dziewczynkę ze strasznymi oczami w lesie i stwierdziłam, że wystarczy. Trudno, nie będę brylować w towarzystwie i rzucać smoczymi hasełkami. Nie ma mowy, nie będzie mi się to śniło po nocach. Nie będę tego oglądała sama, a taki był plan. Moje mieszkanie wydaje za dużo dziwnych dźwięków, żebym po tych scenach mogła spokojnie spać ze zgaszonym światłem. O nie! Niby stara dupa, a boi się stękających dźwięków i ciemnych kątów, pomyślisz. Racja, boi się, a wybujała wyobraźnia nie pomaga tego strachu opanować. Miałaś kiedyś tak, że idąc z pokoju do łazienki (całe 2 metry) zapalałaś po drodze każdą lampę, tłumacząc sobie, że wszystko super, nie boisz się, wręcz śpiewasz radosną piosenkę, a wychodząc lecisz na złamanie karku, czym prędzej do łóżka, trzaskając drzwiami w nerwach, gasząc światło tak, żeby nie dopadła Cię ciemność, po czym wskakujesz pod kołdrę, nakrywasz głowę, ciężko oddychasz i modlisz się, żeby już było jasno? I oczywiście kołdra nie może zwisać poza łóżko. Miałaś tak? No to już wszystko rozumiesz.

Sama nie mogłam obejrzeć „Gry o tron”, ale z chłopakiem to już co innego, poszło sprawniej. Tym bardziej, że wtedy był to w miarę nowy chłopak, a wiesz jak to jest na początku. Ooo lubisz ten serial i chcesz, żebym też go obejrzała, ale słodko, to obejrzymy razem, cudownie. No i tak mnie namówił, podstępem. Po czym się okazało, że we dwójkę te sceny nie są takie straszne, że nie ma ich w sumie aż tak dużo, a sam serial w sumie jest ciekawy, nawet wciągający, a finalnie chcę mieć smoka i czekam z niecierpliwością na następny sezon. Tak było! Chciałam być matką smoków (sic!). Ja, która nie lubi przecież takich seriali, filmów i książek. Ja, która czyta i ogląda tylko wartościowe rzeczy. Gorzej! Zaczęliśmy z ukochanym mówić do siebie: „Księżycu mojego życia”, „Moje Słońce i Gwiazdy”. Szok i niedowierzanie, ale tak było właśnie. Lody zostały przełamane.

Jak pojawił się serial „Wiedźmin”, miałam już troszkę inne podejście, a nawet poczułam pewnego rodzaju zaciekawienie i chęć sprawdzenia o czym to jest i co to za stwory tam występują. Tym bardziej, że byłam zawiedziona ostatnim sezonem „Gry o tron”. Książki oczywiście wcześniej nie czytałam, ciągle mnie to przerastało. Jeszcze nie ten etap, ale… Obejrzałam tego „Wiedźmina” i przeżyłam szok. Ta historia mnie wciągnęła, a co więcej, od pierwszych chwil utożsamiłam się z Yennefer. Niby zwykła dziewczyna, a jednak czarodziejka, która odkryła w sobie magiczne zdolności. Oglądałam ten serial, obserwowałam bohaterów, ich przygody, decyzje, które podejmują, ich rozwój i okazało się, że mogę czerpać z tego gatunku niesamowitą inspirację, ogromne, tłuste kilogramy inspiracji, które wręcz zalewały mnie odkryciami i pomysłami do wykorzystania w życiu czy w biznesie. Nie żartuję. Do tego stopnia, że pojawił się taki nieśmiały, cichutki póki co, ale jednak, pomysł na to, żeby przeczytać „Wiedźmina”.

Tym bardziej, że sama historia sukcesu Andrzeja Sapkowskiego jest niezwykła. Czy wiecie, że sukces „Wiedźmina” to trochę przypadek? Syn Andrzeja Sapkowskiego namówił go na napisanie opowiadania na konkurs organizowany przez czasopismo. Coś w stylu „Hej Tato, napisz takie opowiadanie, bo lubię fantastykę”, „Dobrze Synu, napiszę”. Napisał, wygrał konkurs i tak się ludziom spodobało, że musiał pisać dalej. Czad! To oczywiście mój skrót, interpretacja, żadna biografia tej niesamowitej osoby, więc zachęcam Cię do zapoznania się z tą opowieścią, bo z tego to dopiero można się uczyć i brać przykład.

Oglądając „Wiedźmina” doznałam jeszcze jednego objawienia. Dopiero jak zobaczyłam angielski tytuł „The Witcher” skumałam skąd ta nazwa. Wiedźmin to taka męska wiedźma, nie wiem czy na serio tak jest, ale tak mi się skojarzyło i pomogło trochę lepiej zrozumieć tę postać i jego problemy, wyzwania czy przygody. A nawet poczuć do niego sympatię. Jeśli jest zupełnie inaczej to trudno, można się śmiać, ale ja lubię tę myśl, która mi przyszła do głowy. Jakoś mnie tak ona z tym Wiedźminem zbliżyła.

Wiedźmy przecież, te żyjące w przedchrześcijańskich czasach słowiańskich, to kobiety posiadające ogromną wiedzę, często znające się na ziołolecznictwie, takie lekarki pierwszego kontaktu, które pomagały w trudnych momentach życiowych. Odpędzały strachy, przyjmowały porody, zdejmowały czary. Wiedziały sporo, bo były też w stałym kontakcie ze swoją intuicją i naturą. Niestety ktoś się zorientował w którymś momencie i zaczęło się polowanie na czarownice, zarówno te damskie jak i męskie wiedźmy. Komuś się nie podobało, że wiedzą więcej, komuś przeszkadzało ich podejście do życia albo może ktoś się bał.

Według mnie to mogły być osoby na wyższym poziomie świadomości niż reszta społeczeństwa, mające niezwykle rozwinięty poziom duchowości, korzystające ze swojej intuicji i po prostu nie były rozumiane przez innych ludzi. I jakoś tak mi się to skojarzyło z dzisiejszymi czasami i tym jak traktowani są ludzie głoszący nowości, promujący mniej tradycyjny i standardowy model życia. Zazwyczaj w pierwszej kolejności są traktowani dosyć podejrzliwie i z gigantyczną dozą nieufności. Ja się czasami tak czuję opowiadając o tym czym się zajmuję, tłumacząc jak działa coaching, wyjaśniając na czym polega mentoring i jaki ma wpływ, często zbawienny na ludzi. Czasami czuję się jak taka wiedźma czy czarownica. Kiedyś miałam z tym problem, nawet zastanawiałam się czy to udźwignę przez dłuższy czas, czy sobie poradzę z tym przebijaniem murów. A teraz jestem z tego dumna. Cieszę się z tej mojej wiedźmowatości.

A Ciebie jaka postać filmowa lub książkowa inspiruje? Z jakim bohaterem najchętniej się utożsamiasz?

0 komentarzy

Wyślij komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Chcesz spytać o szczegóły podróży?

© 2019 Hotlabs Sp. z o.o. All rights reserved

regulamin       |       polityka prywatności