Jak akceptacja namieszała w moim życiu?

Mar 10, 2021 | 0 komentarzy

Przeżyłam szok, kiedy dotarła do mnie jedna, bardzo ważna rzecz. To była moja prywatna życiowa rewolucja. To było jak przypadkowe odkrycie Ameryki, która okazała się źródłem obfitości i szczęścia.

 

Przeczytałam w swoim życiu wiele książek i czytam nadal. Wysłuchałam wielu mądrych ludzi i słucham nadal. Ciągle kolekcjonuję doświadczenia swoje i innych mądrych ludzi. Czerpię z nich, ile się da, bo nigdy nie wiadomo co, kiedy się przyda. Jestem szaleńcem, jeśli chodzi o naukę życia. Chcę wiedzieć najwięcej. Poznać jak najwięcej przypadków, problemów, rozwiązań. Chcę wiedzieć co o życiu i rozwoju człowieka mówi nauka. Chcę wiedzieć co o tym samym mówią doświadczenia ludzi i oni sami. No jara mnie to na maksa tak, że jak teraz to piszę to czuję podekscytowanie, jak przed pierwszą randką co najmniej.

 

Zdaję sobie sprawę, że to niemożliwe, żeby posiąść całą wiedzę i wszystkie doświadczenia tego świata, ale mimo tej świadomości, dalej tego chcę. Bo to mnie napędza. I jest mi z tym super. Z tą moją potrzebą, być może nigdy nienasyconą.

 

A po co chcę to wszystko wiedzieć? Żeby móc się tym dzielić. Żeby móc o tym pisać i mówić. Głównie pisać, bo w pisaniu jestem lepsza sto razy niż w mówieniu. I to akceptuję. No właśnie… Wracając do akceptacji…

 

MOJE WIELKIE ODKRYCIE

Chcę się podzielić dzisiaj jednym z moich wielkich odkryć. Być może to odkrycie zmieni też twoje życie. A jak nie zmieni to może choć troszkę namiesza. Może zastuka cię w ramię albo delikatnie posmyra i przypomni się w najodpowiedniejszym momencie lub takim całkiem nieodpowiednim. Wiadomo, różnie to bywa z odkryciami. Do brzegu zatem!

 

W jednej z niezwykle mądrych książek przeczytałam, że jeśli chcę cokolwiek w swoim życiu zmienić to najpierw muszę to zaakceptować. Jeśli chcę coś zmienić to najpierw muszę się pogodzić ze stanem faktycznym, z tym, że właśnie tu i teraz jest tak i tak. Dopiero wtedy możliwa jest praca nad zmianą. Rozumiesz?

 

Posłużę się na początek drastycznym przykładem. Alkoholik nie może pracować nad porzuceniem nałogu, dopóki nie zaakceptuje tego, że jest alkoholikiem. To znaczy może, bo kto mu zabroni, ale jeśli odrzuca prawdę o sobie, jeśli sam siebie okłamuje, że codzienne picie to nie nałóg, to najprawdopodobniej nigdy tego nie zmieni i będzie w tym uzależnieniu tkwił.

 

Jeśli ktoś nie akceptuje siebie, swoich cech, swoich zalet i swoich wad, swoich mocnych stron i swoich słabości, a twierdzi, że chce się rozwijać to praca nad rozwojem będzie jak ta Syzyfowa. Co się posunie do przodu, to się cofnie, co się zmieni, to się odmieni.

 

Jeśli ktoś nie akceptuje tego, że jest samotny, jeśli to uczucie ciągle odsuwa, tuszuje, próbuje zamazać milionem ciekawych rozrywek, to będzie mu bardzo trudno znaleźć odpowiednie rozwiązanie na tę samotność. I to zazwyczaj dzieje się nieświadomie. Przecież nikt nie powie sobie „hej, jestem samotna, ale będę udawać, że nie jestem i będzie super”. Nie, nie. Rzecz się podstępnie dzieje w najskrytszych rewirach naszego umysłu.

 

To są mechanizmy obronne wypracowane przez lata naszych doświadczeń życiowych i otrzymywanej od naszego najbliższego otoczenia wiedzy. Niestety często są one błędne. Nawet powiedziałabym, że zazwyczaj. I jeśli jako dorośli ludzie się za te mechanizmy nie weźmiemy i nie zrobimy z nimi porządku, to będą nas prowadziły w nieświadomości na manowce.

 

Dlatego tak często podkreślam, jak ważna jest samoświadomość, bycie uważnym na siebie i przeżywane emocje, dopuszczanie do siebie tych trudnych uczuć i myśli. Jak ważne jest to, żeby znaleźć czas dla siebie, zatrzymać się i skontaktować się z tym prawdziwym sobą, który gdzieś tam jest. A jest często przytłoczony nagromadzonymi, nie do końca sprawnymi nawykami i przekonaniami. Trzeba znaleźć czas na odgruzowanie.

 

KONSEKWENCJE BRAKU AKCEPTACJI

Brak akceptacji siebie, swojej rzeczywistości, swojego wyglądu, swoich osiągnięć, sytuacji życiowej z jednej strony kojarzy mi się z ciągłym narzekaniem, z którego nic nie wynika. Takim narzekaniem, za którym nie idzie żadne działanie, tylko frustracja. Z drugiej strony ten brak akceptacji kojarzy mi się z ciężką pracą, która nie daje żadnych efektów. Z trzeciej strony brak akceptacji przesłania to co piękne i dobre.

 

Jeśli nie akceptuję swojego ciała to skupiam się na tym, że tu wystaje, tam jest krzywo, włos nie taki, pazur za słaby, a nos to w ogóle do wycięcia. Co mi to daje? Ciągły brak zadowolenia, kompleksy, zahamowania, brak wiary w siebie, wreszcie frustracje. Jednocześnie nie zauważam bądź nie doceniam, że mam super nogi, dzięki którym mogę realizować biegową pasję, że mam wielkie oczy, którymi przyciągam spojrzenia, że mam świetne poczucie humoru, które kochają znajomi. No nie widzę tego, bo widzę tylko to, czego nie akceptuję.

 

Ten brak akceptacji to ciągła presja, pogoń za tym jak powinno być, jaka powinnam być, co powinnam mieć i co powinnam zrobić. To dążenie do pewnego nieistniejącego ideału i odrzucanie tego co jest. A to co jest, jest piękne, właśnie takie jak ma być.

 

JAK TO BYŁO U MNIE? 

Zanim odkryłam znaczenie samoakceptacji ciągle miałam o coś do siebie pretensję. Dążyłam do perfekcji we wszystkim. Chciałam się dopasować do ludzi, do każdego kogo znam, żeby każdy mnie lubił. Lubił, czyli akceptował. Sama nie dawałam sobie akceptacji, więc szukałam jej w oczach innych. Zawsze starałam się dostosować do sytuacji, do ludzi, niejednokrotnie rezygnując z własnych ważnych potrzeb i wartości. Jeśli coś mi się nie podobało, nie zgłaszałam sprzeciwu, w obawie przed odrzuceniem. Cichutko zagryzałam zęby i powtarzałam sobie, że przetrwam, że dam radę, za to w nagrodę będę miała sympatię innych. Jednocześnie nie dostrzegałam, że wraz z sympatią innych rosła moja nienawiść do siebie. Źle się do siebie odzywałam, źle o sobie myślałam, ciągle miałam do siebie pretensje i nie miałam pojęcia dlaczego.

 

Teraz wiem! Sama siebie oszukiwałam. Budowałam relacje z innymi, kosztem relacji ze sobą. Zaczęłam tracić do siebie zaufanie. Zaczęłam tracić szacunek do siebie. Czy lubiłabyś kogoś, kto ciągle cię obraża, złości się na ciebie, mówi, że jesteś brzydka, nie dość szczupła, nie dość mądra, nie dość doświadczona, ciągle ma do ciebie o coś pretensje i same wymagania, nie pozwala ci na odpoczynek, na radość, na szaleństwa? NIEEEEE. Nie lubiłabyś. I ja też siebie nie lubiłam. Nie wspomnę o poziomie mojej samooceny wtedy, bo to temat na osobny artykuł.

 

Kiedy odkryłam to, że coś tu nie gra, że chyba to nie tak powinno być, ulżyło mi. Zaczęłam pracować nad samoakceptacją i samoświadomością. Zaczęłam poznawać swoje potrzeby i wartości. Dotarło do mnie, że one są ważne, że ważne jest to, żebym o nie dbała, że ja jestem ważna. Bardzo pomogły mi treningi uważności i asertywności. Zaczęłam od czasu do czasu medytować, żeby nauczyć się uspokajać gonitwę myśli.

 

I tak, teraz po tych latach rozwoju i pracy nad sobą, z ręką na sercu potwierdzam, że akceptacja jest podstawą zmiany.

0 komentarzy

Wyślij komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Chcesz spytać o szczegóły podróży?

© 2019 Hotlabs Sp. z o.o. All rights reserved

regulamin       |       polityka prywatności