Krótka opowieść o upadku, czyli po co odkrywać życiowe wartości.

Mar 23, 2020 | 0 komentarzy

To będzie historia z morałem. Czy z dobrym zakończeniem, zapytasz? Tego jeszcze nie wiem, ale tak myślę. Jedno jest pewne. Po tej historii już zawsze będę dbała o to, co jest kluczowe w moim życiu. Jesteś ciekawa? To zacznę od początku.

 

Wyrosłam w przekonaniu, że życie jest piękne i jest po to, żeby je odkrywać i rozwijać się. Od zawsze też wiedziałam, że poradzę sobie w każdej sytuacji, bo nie ma sytuacji bez wyjścia. W moim domu zawsze ważna była prawda, ta wartość wybijała się ponad wszystko. Mój wielki autorytet, mój przewodnik, dziadek Longin przekazał mi życiową radę, do której stosuję się, odkąd pamiętam. A rada ta brzmi: „Postępuj wobec ludzi tak, jak chciałabyś, żeby wobec Ciebie postępowali.” Dziadek był mędrcem, znał odpowiedź na każde, nawet najtrudniejsze życiowe pytanie. To dziadek Longin zaraził mnie miłością do książek. Z kolei babcia Irenka, najcieplejsza osoba na świecie, pokazała mi co to jest szczerość i bezinteresowność. Miałam od dziecka ogromne wsparcie, a dodatkowo rodzice wychowali mnie w poczuciu wolności i niezależności. Zawsze czułam, że to ja decyduję, że mam wybór i po mojej stronie jest odpowiedzialność. Czułam bezgraniczne zaufanie moich rodziców, które dodawało mi odwagi. Nauczyli mnie też wytrwałości. Dzięki temu mogłam marzyć i te moje marzenia realizować. Wierzyłam w to, że mogę osiągnąć wszystko co sobie zaplanuję i tak też było. Sukcesy w szkole, wymarzone liceum, studia, podróże, przyjaciele, zdrowie, drobne przyjemności, byłam szczęśliwa.

 

Aż tu nagle poszłam do pierwszej pracy. Praca nie była wymarzona, ale była środkiem do zamieszkania w Warszawie, które to miasto było moim celem. Zaczęłam dzięki tej pracy zarabiać, poznawać ludzi, ale też rozwijać się, bo mogłam zapisać się na zajęcia dodatkowe, nie mówiąc o tym, że nareszcie poczułam w pełni dorosłość i samodzielność. Na początku pracowałam na recepcji, później dostałam awans, podwyżkę, zostałam doceniona, zaczęłam pracować bezpośrednio z ważnymi klientami. Wszystko szło w dobrą stronę, ale jednak coś było nie tak. Pierwszy sygnał dostałam na jednym ze spotkań z klientem. Szefowa skłamała na mój temat. Przedstawiła mnie i moje doświadczenie w sposób, który zupełnie odbiegał od tego, czym się zajmowałam. Całe spotkanie modliłam się, żeby klient nie zadał mi o to pytania. Byłam zażenowana, było mi wstyd. Kolejny sygnał otrzymałam kilka miesięcy później. Zostałam wysłana do Urzędu Skarbowego z torbą pełną czekoladek, kawy i innych bombonierek, żeby przekupić panią z urzędu, która dzięki temu miała wydać wcześniej jakieś bardzo ważne pismo, potrzebne do przetargu. No normalnie łapówka. Wkurzyło mnie to strasznie. Nie zrobiłam tego. To było ponad moje możliwości. Kilka tygodni później zmieniłam pracę.

 

W nowej pracy nowy raj. Naprawdę tak się czułam. Nareszcie normalni ludzie, którzy nie ściemniają. Wpadłam w nowe projekty, klientów, sukcesy, awanse, podwyżki, moja czujność została uśpiona. Nie zauważyłam, kiedy zaczęłam się źle czuć. Praca była ciekawa, bardzo rozwijająca, wiele się uczyłam, zdobywałam wszechstronne doświadczenie, pensja co miesiąc płynęła na konto, dając mi złudne poczucie bezpieczeństwa. Nie zauważyłam tylko, że jest to okupione ogromnym stresem. Aż przyszło załamanie, przymusowe zatrzymanie, ciało powiedziało stop. Masz Hashimoto, ogarnij się wreszcie! Zauważ co się dzieje i weź się za to.

 

Zaczęłam szukać przyczyn, rozwiązań, różnych, często niekonwencjonalnych. Mniej więcej w tym czasie też trafiłam na zajęcia rozwojowe dla kobiet, prowadzone w duchu coachingowym. Jedne z pierwszych zajęć były poświęcone talentom oraz wartościom życiowym. Zostałam zaskoczona pytaniami o to w czym jestem dobra, co lubię robić, jaka jest moja wymarzona praca. Z drugiej strony były pytania o to co jest dla mnie ważne, jakimi wartościami kieruję się w życiu i jak moja praca odpowiada tym wartościom. Byłam oszołomiona, w ciężkim szoku, bo wiesz co się okazało?

 

Moja praca była daleko od moich marzeń. W mojej pracy nie korzystałam z moich największych talentów. Nie lubiłam 80% zadań jakie musiałam wykonywać. A moje najważniejsze życiowe wartości? Prawda, rozwój, wolność. Nie było dla nich miejsca, nie miałam możliwości o nie zadbać.

 

Nagle zrozumiałam wszystko. Sytuacja stała się jasna jak słońce. Już wiedziałam co mnie gniecie i nie pozwala osiągnąć pełni szczęścia i tego flow, które miałam jeszcze na studiach. Wcześniej podświadomie kierowałam się moimi wartościami i talentami. Robiłam to w czym byłam najlepsza w sposób, o którym sama decydowałam. Okazało się, że teraz tego nie było, zupełnie. Przez wiele lat tego nie rozpoznałam i męczyłam się okrutnie.

 

Postanowiłam to zmienić. Postanowiłam pracować nad sobą i zadbać o swoje wartości i o to, żeby móc więcej korzystać z moich talentów. Pierwszy krok był taki, że spróbowałam zmienić mój sposób pracy. Trenowałam asertywność, dbałam o siebie i innych, a przede wszystkim zapalała mi się lampka w sytuacjach, kiedy moje wartości były zagrożone. Szukałam rozwiązań takich, które pozwolą zrealizować projekt, ale na moich zasadach. Na początku się to nawet udawało, ale jednak nie było to dobre rozwiązanie na dłuższą metę. Mniej więcej rok później już wiedziałam, że w najbliższych latach muszę zmienić zawód i zająć się inną działką. Miałam cel, który zaczęłam konsekwentnie realizować. I powiem Ci jedno…

 

Wróciłam! Znowu jestem w pełni sobą. Odkryłam na nowo moją misję. Znowu czuję wiatr w żaglach, znowu wierzę w siebie i w to, że jestem w stanie osiągnąć wszystko o czym marzę. Pod jednym warunkiem. Ma to być zgodne z moimi wartościami.

 

0 komentarzy

Wyślij komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Chcesz spytać o szczegóły podróży?

© 2019 Hotlabs Sp. z o.o. All rights reserved

regulamin       |       polityka prywatności